Tour du Mont Blanc, w skrócie TMB jest jednym z najpopularniejszych szlaków trekkingowych w Europie. Jest to pętla licząca około 170 kilometrów (ma wiele wariantów, od których może zależeć ostateczna długość wędrówki) okrążająca masyw góry Mont Blanc. Trasa ta prowadzi przez trzy kraje: Francję, Włochy i Szwajcarię. Poprowadzona jest wśród zapierających dech w piersiach panoram oraz klimatycznych alpejskich miejscowości, których piękno można w pełni docenić tylko widząc je na własne oczy. Podczas trekkingu nocować można w schroniskach, jak i pod namiotem, my by ograniczyć koszty zdecydowaliśmy się na namioty, co dodało również całej wyprawie niepowtarzalnego charakteru. Szlak ten tradycyjnie pokonuje się w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara. Miejscowością, w centrum której znajduje się bramka oznaczająca symboliczny początek/koniec trasy jest Les Houches. To z tej miejscowości wyruszyliśmy na naszą alpejską przygodę.

Dzień 1 Les Houches (parking du Prarion)- Les Contamines Montje (Camping Le Pontet)

Nareszcie! 28 czerwca 2019 r. po długiej, męczącej podróży samochodem z przymusowym pobytem w zabytkowym Bolesławcu, zaczęliśmy naszą przygodę z TMB. Pełni sił i entuzjazmu wyruszyliśmy spod naszego ,,Base Campa” postawionego na parkingu du Prarion w wyżej już wspomnianym sympatycznym miasteczku Les Houches. Po zejściu z górnych partii parkingu pod kolejkę o tej samej nazwie napotkaliśmy pierwszy problem (chyba szybciej się nie da ). Mianowicie nie wiedzieliśmy, gdzie wbić się na szlak. Na szczęście z pomocą przyszedł nam GPS i po dosyć długim kluczeniu wśród coraz to wyżej położonych zabudowań dotarliśmy do pierwszego znaku z naszym szlakiem. Ku naszemu zaskoczeniu, okazało się, że mogliśmy przebić się w to miejsce ścieżką (niestety nieoznaczoną) prowadzącą prosto spod naszego kampera (na pocieszenie nie tylko my nie mogliśmy trafić od razu na szlak). Dalej już dobrze oznaczoną trasą pieliśmy się cały czas w górę, na początku asfaltową drogą wśród pięknych alpejskich domostw, a potem szeroką szutrówką wijącą się wzdłuż stoków narciarskich, aż na najwyższy punkt tego dnia: przełęcz Col de Voza, na której usytuowane są: stacja słynnej kolejki Tramway du Mont Blanc oraz ogromny hotel, który ni jak nie pasuje do górskiej scenerii. Ciekawym widokiem były również konie w maskach majacych prawdopodobnie chronić je przed słońcem. Widoki, które podziwialiśmy do tej pory były dość dziwną mieszanką, z jednej strony ukazującą dzikość i niedostępność gór chronionych przez niedostępne skaliste ściany oraz rozległe lodowce, a z drugiej wielką ekspansywność i umiejętność podporządkowania sobie świata przez człowieka. Alpy, przynajmniej ta ich część, przez którą mieliśmy możliwość wędrować pierwszego dnia trekkingu i nie tylko są o wiele bardziej naruszone przez człowieka chociażby od naszych Tatr. Szlak po przełęczy Col de Voza to już praktycznie cały czas długie, łagodne i przyjemne zejście. Również pod względem estetycznym druga część trasy jest o wiele bardziej atrakcyjna. Podczas wędrówki mieliśmy okazję podziwiać piękne Alpy z sielskimi wioseczkami. Trochę zmęczeni, około 17.30 dotarliśmy do centrum Les Contamines Montje, gdzie zrobiliśmy zakupy w Carrefour’rze. Po odciążeniu plecaków i dociążeniu brzuchów, już chodnikiem zmierzaliśmy do campingu Le Pontet, gdzie zameldowaliśmy się około godziny 19.

Dzień 2 Les Contamines Montje (Camping Le Pontet)- Les Chapieux ( kemping )

Po śniadaniu, którego głównym składnikiem były francuskie bagietki wyruszyliśmy na szlak. Mimo iż, jak się to później okazało był to jeden z najcięższych dni podczas całego trekkingu, początek trasy w ogóle na to nie wskazywał. Dopiero od pięknego starego kościółka Notre Dame de La Gorge (który warto zwiedzić) szlak zaczął piąć się w górę, lecz naprawdę ciężko zaczęło być dopiero przy schronisku Refuge de la Balme. Oprócz drastycznie wzrastającego nastromienia na ostatnim odcinku podejścia na przełęcz Col du Bonhomme przyszło nam mierzyć się ze śniegiem, który chociaż że na początku cieszył i dawał trochę ochłody po paru chwilach tylko przeskadzał. Problemem (zwłaszcza dla osób niższych czy nieposiadających obuwia z membraną) był również rwący górski potok, który trzeba było przekroczyć. Na Col du Bonhomme zrobiliśmy dłuższą przerwę na posiłek. Dalsza trasa, aż do Col de la Croix du Bonhomme wiodła do góry, niestety wszechobecny śnieg dalej utrudniał marsz. Od wyżej wymienionej przełęczy, będącej najwyżej położonym punktem na trasie w tym dniu, zaczęło się ciężkie, długie i mozolne zejście, aż do samego kempingu (na szczęście śniegu było tyle co nic). Na początku minęliśmy schronisko Refuge du Col de la Croix du Bonhomme ( z darmowego wychodka roztacza się piękna panorama na pobliskie szczyty). Im dalej, tym zejście bardziej dawało się we znaki. Na szczęście świstaki postanowiły nam umilić ten ciężki okres (zejścia zawsze są najgorsze) swoim towarzystwem. Zmęczeni i z obolałymi stopami w okolicach godziny dwudziestej dotarliśmy do miejsca noclegu. Kemping, na którym spaliśmy jest darmowy, posiada toalety z umywalkami, lecz nie ma na nim pryszniców ( w pobliskim gite można odpłatnie skorzystać z natrysków, ewentualnie pozostaje rzeka). W sumie jedyną wadą tego kempingu były krowie placki (było ich naprawdę dużo, ale na szczęście były wyschniętne i nie śmierdziały), które zamieniały rozkładanie namiotu w logiczną układankę, a zwykłe pójście do toalety w wędrówkę po polu minowym. W Les Chapieux prócz wcześniej wspomnianego gite znajduje się mały sklepik, w którym sprzedawca dosyć dobrze rozumiał po polsku. Warto u niego z rana kupić sandwiche, które są naprawdę dobre i jak na kanapkę sycące ( bardziej od większości dań serwowanych w gite, gdzie chyba tylko spaghetti mogłoby z nimi powalczyć). Ogolnie stwierdzić muszę, że gdyby nie liofilizaty najprawdopodobniej pomarlibyśmy z głodu (w menu zobaczyć można głównie sałatki i omlety, porcje nie powalają wielkością, a w większości lokali kuchnię otwierają dopiero wieczorem).

Dzień 3 przerwa w Les Chapieux

Dzień 4 Les Chapieux (kemping)- Camping Monte Bianco La Sorgente

Tego dnia, mimo przerwy, mamie dalej dokuczła nadwyrężona poprzednim odcinkiem noga w przeszłości ugryziona przez żmiję. Nie chcieliśmy nocować w bardzo drogich schroniskach, a czekał nas długi i wymagający odcinek, toteż postanowiliśmy ( jak zresztą większość trekkerów) przejechać krótki, dosyć monotonny kawałek busem. Zaraz po wyjściu z busa zaczęło się strome podejście trwające, aż do przełęczy Col du Seigne, będącej jednocześnie granicą francusko-włoską i najwyższym punktem dnia, gdzie zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę. Widoki podczas podejścia i z samej przęłęczy były naprawdę piękne i wynagrodziły nam każdą kroplę potu. Od Col du Seigne zaczęliśmy zejście do kempingu. Podczas wędrówki w dół mijaliśmy dwa schroniska: Refugio Elisabetta, oraz Cabane du Combal. Trasa była bardzo atrakcyjna widokowo do samego kempingu włącznie, na którym zameldowaliśmy się w okolicach siedemnastej.

Dzień 5 Camping Monte Bianco la Sorgente- Camping Tronchey

Ten dzień był dla nas dniem asfaltu, z jednej strony przez naszą gapowatość, z drugiej ze względów ekonomicznych (ceny w alpejskich schroniskach są kosmiczne). Od kempingu do bardzo atrakcyjnego miasteczka Courmayeur szliśmy asfaltem ( w pewnym momencie było wejście na szlak które przeoczyliśmy). Przynajmniej widoki były prawdopodobnie lepsze niż na szlaku, bo nie zasłaniał ich las. W centrum wyżej wspomnianej miejscowości posililiśmy się włoską pizzą, a na deser pochłonęliśmy lody. Skorzystaliśmy również z okazji zrobienia zakupów w supermarkecie. Co do samego miasteczka sprawia ono wrażenie bardzo sympatycznego i naprawdę wartego zwiedzenia. Jego jedyną wadą było zatłoczenie ( na niektórych uliczkach zdawało się nam, że jesteśmy na Krupówkach). Po trzynastej wyruszyliśmy w dalszą drogę w stronę kempingu. Niestety, szlak nie prowadził przez żaden kemping znajdujący się w odpowiedniej odległości by dojść do niego tego dnia, toteż musieliśmy z niego zboczyć. Po dosyć długiej wędrówce wzdłuż drogi w okolicach godziny 16 dotarliśmy do kempingu.

Dzień 6 Camping Tronchey- La Fouly (Camping des Glaciers)

Dzień ten był dla nas dniem symbolicznym, nie tylko ze względu na przekroczenie granicy włosko-szwajcarskiej, ale również ze względu na ,,przejście” na drugą stronę mapy. Na początek podążaliśy asfaltem, gdzie mieliśmy okazję zaobserwować podbieranie zaopatrzenia przez śmigłowiec. Wraz z końcem asfaltu zaczęło się strome podejście ciągnące się aż do przełęczy Grand Col Ferret. Po drodze mijaliśmy pęknie usytuowane schronisko Rifugio Elena. Od wyżej wspomnianej przełęczy bedącej granicą włosko-szwajcarską, gdzie zrobiliśmy sobie dłuższy popas na bagietkę. Niestety, pogoda zaczęła się trochę psuć, więc zaczęliśmy zejście, które powitało nas (na szczęście nielicznymi) płatami śniegu. Znikły one wraz z utratą wysokości. Odcinek od przełęczy do Gite Alpage de la Peule, który pokonaliśmy w zmiennej aurze wspominam, jako jeden z piękniejszych na całej trasie. Dalej na początek szutrową, potem asfaltową, leśną i z powrotem asfaltową drogą dotarliśmy do La Fouly. Gdy dochodziliśmy do wspomnianej miejscowaści rozpętała się burza, którą przeczekaliśmy pod budynkiem informacji turystycznej. Gdy przestało padać poszliśmy na zakupy (uwaga, patrząc na szwajcarskie ceny, możesz pomyśleć, że cyfry ci się mieszają, albo że ktoś robi ci wredny kawał, niestety ceny naprawdę są bardzo wysokie). Po wyjściu ze sklepu udaliśmy się na kemping, gdzie dotarliśmy około godziny 18, aczkolwiek dla mnie nie był to jeszcze koniec wędrówki, ponieważ przy rozkładaniu namiotu okazało się, że zostawiłem karimatę przed informacją turystyczną. W strachu, że już jej tam nie ma, szybko po nią poszedłem. Na szczęście grzecznie na mnie czekała. Co do samego kempingu, śmiało można powiedzieć, że był jednym z najwygodniejszych (i najdroższych) na całym trekkingu. Świetną sprawą była ogólnodostępna świetlica oraz wi-fi, które dochodziło do naszej parceli.

Dzień 7 La Fouly (Camping des Glaciers)- Champex (Camping Les Rocailles)  

Odcinek, który pokonaliśmy tego dnia okazał się jednym z łatwiejszych na całym trekkingu. Na samym początku szlak prowadził zdala od domów, lecz potem przez długi czas wiódł wśród pięknych zabudowań przypominających żywy skansen. Dalej szliśmy coraz wyżej wśród pastwisk i lasów. Oprócz przebijających się spośród drzew widoków, marszrutę urozmaicały nam poustawiane wzdłuż szlaku rzeźbione w drewnie figury. Po dotarciu do centrum miejscowości Champex około 15.30 chcieliśmy spróbować dania, z którego słynie Szwajcaria czyli fondue. Niestety, okazało się, że we wszystkich restauracjach kuchnie pracowały najwcześniej od godziny 18. Po zakupach udaliśmy się na kemping i po rozbiciu namiotów oraz odświeżeniu się, już w klapkach (musieliśmy wyglądać dosyć osobliwie) wróciliśmy na wyczekane fondue. Co ciekawe to tego dnia wreszcie udało nam się zobaczyć iście mitycznego bernardyna. Te psy to w Szwajcarii coś na wzór naszego smoka wawelskiego. Informacje turystyczne, sklepy z pamiątkami a nawet autobusy pełne są jego podobizn. Zdawać by się mogło, że każdy szanujący się Szwajcar ma takiego w swoim domu. Nic bardziej mylnego na całym trekkingu zobaczyliśmy tylko dwa z czego ten z Champex (sądząc po wyglądzie) powoli kończył swój żywot i był długowłosy (pierwotnie ta rasa występowała tylko w wersji krótkowłosej, a długowłosa powstała na wskutek domieszki krwi nowofunlanda, która zostało dodana by ratowac rasę przed wyginięciem).

Dzień 8 Champex (Camping Les Rocailles)- Le Peuty

Ten dzień, mimo iż jak to w górach bywa nie brakowało mu podejść, upłynął nam bardzo przyjemnie dzięki zapierającym dech w piersiach widokom umilającym każde podejście. W tym dniu też udało nam się zobaczyć jedynego na całym trekkingu krótkowłosego bernardyna (a jednak istnieją). Wędrujac wśród pięknych szwajcarskich zabudowań i alpejskich łąk dotariliśmy do przełęczy Col de Forclaz (ludziom, którzy robili zakupy w sklepach Decathlon nazwa ta może być znana). Tam też zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę. Przez przełęcz przebiega droga, przy której usytuowane są również: gite, restauracja oraz sklepik z pamiątkami, obok którego znajdował się stragan ze świeżymi owocami. Po odpoczynku zaczęliśmy zejście do samego kempingu, na którym zameldowaliśmy się około godziny 16.20. Kemping jest płatny ( wieczorem przychodzi dozorca i pobiera opłatę). Pole to posiada toalety z umywalkami i prysznice ( w kontenerach a la Toi Toi) oraz zadaszoną wiatę z gniazdkami i miejscem na grilla.

Dzień 9 Le Peuty- Village vacances Camping Pierre Semard

Dzień ten przywitał nas od razu ciężkim podejściem wśród lasu, które rozbudziło nas na dobre i pokazało, że życie nie zawsze jest łatwe :). Na szczęście widoki z przełęczy Col de Balme bedącej granicą szwajcarsko-francuską były warte każdego wysiłku. Tym razem góry pokazały nam się od swojej ,,potężnej strony”, która wprost onieśmielała. Patrząc na odległe ośnieżone szczyty można było odnieść wrażenie, iż wystarczy tylko lekko podskoczyć aby znaleźć się na jednym z nich. Na wyżej wspomnianej przełęczy znajduje się budynek, który nie został zaznaczony na naszej mapie dlatego nie wiem czy jest to miejsce gdzie można przenocować, czy to tylko kawiarenka. Na przełęczy wbiliśmy w wariant, który prowadził nas wzdłuż psującej trochę ogólne wrażenie infrastruktury narciarskiej (której jedynym jej plusem było to, że mogliśmy popatrzeć na ludzi uprawiających downhill). Na kemping dotarliśmy trochę nieświadomie ( na potrzeby napisania tego wpisu musiałem się nieźle oszukać zanim znalazłem go w internecie), ale dosyć wcześnie, bo o godzinie 14.00. Na kempingu okazało się, że musieliśmy czekać na otwarcie recepcji ( na szczęście namioty można rozłożyć przed zameldowaniem). To, że od razu nie mogliśmy uiścić opłaty trochę pokrzyżowało nam plany związane z udaniem się do pobliskiej miejscowości na zakupy (w wypadku gdyby to obsułga musiała się upomnieć o należność- cena sporo wzrastała, dlatego też musieliśmy być cały czas na miejscu). Gdy dopięliśmy formalności związanych z naszym pobytem na kempingu, ja i tata wreszcie udaliśmy się na zakupy do Argentiere. Ceny w porównaniu ze szwajcarskimi zdawały się malutkie, toteż daliśmy upust naszej fantazji ( na kemping przytaszczyliśmy nawet lody). Po istnej uczcie z poczuciem spełnienia (w brzuchach) położyliśmy się spać z myślą o tym, że zostało nam za dużo jedzenia, które trzeba będzie następnego dnia nieść na własnych plecach.

Dzień 10 Village vacances Camping Pierre Semard- Les Houches

W ostatni dzień naszego trekkingu Alpy dały nam popalić. To był zdecydowanie najtrudniejszy dzień, nie tylko ze względu na długość odcinka, przewyższenie czy drabinki, ale również ze względu na zmienną, nieprzychylną aurę. Po pobudce jeszcze przed świtem zjedliśmy śniadanie, podczas którego raz na jakiś czas niebo rozrywały błyskawice. Jako, że burza wydawała nam się odległa podjęliśmy decyzję o wyruszeniu na szlak. W blaskach porannego słońca zeczęliśmy ostatni etap naszej wyprawy. Przy pierwszym podejściu każdy żałował zakupowego szaleństwa z poprzedniego dnia. W pewnym momencie zobaczyliśmy jak w naszą stronę szybko zmierza deszcz. Jak można się było spodziewać, prędko nas dogonił i już nie tylko zobaczyliśmy, ale też poczuliśmy zimne krople na naszych ciałach. Dalej musieliśmy piąć się w górę w deszczu padającym raz z mniejszą, a raz z większą intensywnością. Po pewnym czasie dotarliśmy do pierwszych drabinek, które ciągnęły sie przez dosyć długi odcinek. Warto jednak wspomnieć, że przynajmniej nam nie sprawiły one wielkich trudności (ktoś kto był na ubezpieczonych szlakach w Tatrach powinien sobie spokojnie poradzić). Jeśli chodzi o ekspozycje to też nie jest źle, chociaż gdy podejdźie się bliżej krawędzi, miejscowości, które zostawiliśmy w dole wydają się na wyciągnięcie ręki. Na ostatnim odcinku pierwszego podejścia dopadła nas burza z gradem. Jako, że cofanie się na metalowe ubezpieczenia nie wydawało nam się dobrym pomysłem postanowilismy szybko pokonać ostatnie metry w górę i zacząć zejście w stronę schroniska Refuge de la Flegere, nawiasem mówiąc nieczynnego w tym sezonie. Burza na szczęście nie trwała długo, a pogoda chociaż dalej zmienna zaczęła się stopniowo poprawiać. Pod wyżej wspomnianym schroniskiem zrobiliśmy sobie przerwę na odciążenie plecaków. Po popasie bardzo przyjemnym szlakiem dotarliśmy do stacji kolejki gondolowej Planpraz. Podczas dalszego podejścia stromymi zakosami w pewnym momencie uszłyszałem dźwięk, wydawany jak myślałem przez jakiegoś zmęczonego piechura zakos wyżej, lecz po którymś takim dzwięku z kolei podniosłem głowę i ujrzałem przyglądającą mi się z ciekawością (a może i z lekkim rozbawieniem) kozice. Gdy zobaczyła, że ją zauważyłem nieśpiesznym krokiem oddaliła się w swoją stronę. Po osiągnięciu ośnieżonej przełęczy Col du Brevent szlak przybrał już bardziej wysokogórski charakter, a na okolicznych turniach widać było wspinaczy. Pośród śniegu i głazów, dotarliśmy na szczyt Le Brevent, na którym znajduje się górna stacja kolejki gondolowej startującej z Chamonix (by na niego wejść trzeba trochę zboczyć ze szlaku, zajmuje to kilka minut, a naprawdę warto). Na szczycie zrobiliśmy sobie krótką przerwę, by nacieszyć się widokami i uczuciem, że jesteśmy wyżej niż nasze Rysy. Po odpoczynku zaczęliśmy mozolne i ciężkie zejście do Les Houches (Le brevent wznosi się na 2525m n.p.m. a Les Houches na 1008m n.p.m.). Niewiele poniżej schroniska Refuge de Bellachat (moim zdaniem naładniejszego na całej trasie) spotkaliśmy stadko kozic, które bardzo wdzięcznie pozowały nam do zdjęć. Po sesji fotograficznej kontynuowaliśmy zejście. Na początek z naszej trasy widać było z jednej strony bliskie, a z drugiej bardzo odległe Chamonix, potem, gdy weszliśmy w las było widać coraz mniej zwłaszcza że zaczęło robić się ciemno. Po pewnym czasie dotarliśmy do ogromnego pomnika Pana Jezusa, który widzieliśmy wcześniej z Les Houches (wydawał się położony bardzo blisko). Niestety do kresu wędrówki dzieliło nas jeszcze sporo czasu. Wreszcie ledwo żywi, prawie spiący na stojąco, ale szczęśliwi o godzinie 22.57. dotarliśmy do symbolicznej mety Tour du Mont Blanc, a następnie o godzinie 23.41. do naszego kampera. Dzień ten był bardzo wymagający i nie mogłem się doczekać momentu kiedy położę się we własnym wygodnym łóżku w naszym ,,Base Campie”, mimo to już podczas robienia pamiątkowego zdjęcia gdzieś głęboko w sobie czułem żal, że to już koniec naszej alpejskiej przygody.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *